Cesarka rodzinna?

Źródło: Cesarka rodzinna?

Reklamy

Poród mistyczny

„Święty poród” JAHSAH ANANDA

Poród to wydarzenie z gatunku mistycznych. Tak jak śmierć. Choć dla wielu śmierć to coś pełnego znaczenia i duchowości, mam wrażenie, że poród dla niewielu ma takie konotacje.

Do umierającego przyjeżdża duchowny. Do porodu nie. Czyż nowy człowiek nie bardziej potrzebuje namaszczenia, okadzenia, błogosławieństwa?

Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy człowiek umrze i nie możemy przewidzieć, kiedy się urodzi.

http://www.spiritscienceandmetaphysics.com/portraits-of-newborns-taken-few-seconds-after-birth/

Léanne – ur. 08.04.2014 13 sekund życia http://www.spiritscienceandmetaphysics.com//

Poród jest jak śmierć. To coś, czego nie da się pojąć, co budzi lęk i wiąże się ze zmianą, przejściem, przeistoczeniem.

Człowiek umiera. Człowiek się rodzi. CZŁOWIEK się rodzi. Nie tyle dziecko, co nowy człowiek. Ale ponieważ jest on mały i goły nie doceniamy doniosłości tego wydarzenia.

Człowiek umiera, znika. Nie wiemy, dokąd się udał. Człowiek się rodzi. Czy pytamy, skąd przybył?

Wielu ludzi w zetknięciu ze śmiercią doznaje przemiany, doświadcza nadprzyrodzonych zjawisk, odkrywa w sobie „trzecie oko”.

To wydarzenie jest jakby bramą do czegoś… czegoś mistycznego.

W obliczu śmierci uruchamiają się subtelne, uśpione ludzkie zdolności wyczuwania, odczytywania sygnałów własnego ciała i ducha. Co wrażliwsi odczytują też sygnały innych.

Ludzie dobrze dostrojeni wiedzą, kiedy umrą. Często też widzą w śnie śmierć bliskich.

Ale poród to też brama. Ktoś powiedział, że wszechświat się rozszerza (może lepiej „rozwiera”), żeby przyjąć nowego człowieka, i tak jak przy porodzie to rozwarcie trochę trwa. Można przez pewien czas dojrzeć prześwity „tamtego” świata.

Niedługo jestem na porodowej drodze, ale przy każdym zatknięciu z porodem czuję to sacrum. I nie chodzi mi o chwile wzruszenia czy motylki w brzuchu.

Chodzi o magię. „Zbiegi okoliczności”. Prorocze sny.

Wiem że jestem na dobrej drodze. Bo bycie przy porodzie to nie tylko pomaganie kobiecie. To pomaganie sobie. To jak wejście do świątyni.

Twoje cudowne dziesięć centymetrów

Ciało ludzkie jest niesamowite. Kiedy miała się rodzić moja druga córka, miałam pewne obawy, czyrozwarcie szyjki macicy dam radę urodzić naturalnie po cesarce. Spotkałam się z moją doulą, żeby zwierzyć się ze swojego niepokoju, a ona pokazała mi jakąś książkę o porodzie. Tam znalazłam inspirację – dziesięciocentymetrowy krąg obrazujący jak musi się rozewrzeć szyjka macicy, żeby wydać na świat dziecko. Jak zobaczyłam ten okrąg, nie mogłam od niego oderwać wzroku. Dziesięć centymetrów średnicy! Co innego czytać o tym, a co innego zobaczyć. To naprawdę dużo! Myślałam o tym okręgu podczas porodu i wyobrażałam sobie, jak moje ciało się otwiera. Bardzo pomogło mi to przejść pierwszą fazę porodu.

To niezwykła zdolność naszego kobiecego ciała. Szyjka macicy rozwiera się tak tylko te kilka razy w życiu właśnie przy porodzie. Musi ona równocześnie przez całą ciążę być twarda i zamknięta, żeby utrzymać w ciele kobiety worek owodniowy i blokować wyjście.

Tak więc Wasza szyjka macicy jest jak prawdziwa kobieta. Kiedy trzeba, trzyma się dzielnie, zamknięta i twarda, chroniąc maleństwo, by powoli zacząć się zmiękczać, skracać, a w końcu rozwierać ten jeden jedyny raz, kiedy ma wypuścić na świat maleństwo.

Jeśli przed Tobą poród i dręczy Cię niepokój – weź linijkę i cyrkiel i narysuj swoją rozwartą szyjkę. Pomaluj ją jak chcesz, a potem kiedy już się zacznie, wpatruj się w nią i myśl o tym jak niezwykłe jest Twoje ciało 🙂

Ból porodowy jak pieczenie chleba

Kiedyś piekłam chleby. Robiłam własny zakwas, łączyłam z mąką, zagniatałam, czekałam aż wyrośnie i w końcu piekłam. Wypiek jednego bochenka zajmował mi dwie doby. A potem zjadaliśmy ten chleb w jeden wieczór. Bez sensu! Komu by się chciało piec w domu chleb? Piekarnie są na każdym rogu! Od tego są specjaliści!

Może i tak. Może to strata czasu i wysiłku, ale dawało mi to satysfakcję właśnie Z POWODU tego wysiłku. DLATEGO ten chleb tak dobrze smakował. Bo był to efekt mojej pracy.

Wiecie, że ból porodowy to jedyny ból, który jest fizjologiczny? To znaczy NIE jest sygnałem dla ciała, że dzieje się coś złego, że zostało zranione lub toczy je choroba. Nie! Każdy bolesny skurcz to tylko sygnał, że jesteś jeszcze bliżej spotkania z moim maleństwem!

Ból rodzenia to ból tworzenia. Wszystko, co dobre, rodzi się w bólach! Ktoś mi powiedział, że wysiłek porodowy odpowiada mniej więcej przebiegnięciu maratonu. Ludzie biegają w maratonach, choć to boli, wchodzą na szczyty gór dla satysfakcji. Czy ja nie mogę przyjąć tego bólu po to, by wydać na świat nowego człowieka? Myślę, że to właśnie paradoksalnie ten ból i wysiłek w ostatecznym rozrachunku przynoszą radość z porodu i satysfakcję. Nikt by mnie nie zmusił do przebiegnięcia maratonu –  pewnie tej satysfakcji nie doświadczę nigdy. Ale dokonałam czegoś podobnie trudnego – urodziłam dziecko. I to jest coś! To nie był pikuś! Może także dzięki właśnie temu bólowi z większą miłością patrzyłam na mojego noworodka? Jak na medal olimpijski albo rumiany bochenek własnoręcznie upieczonego chleba?

O mnie

P1010848

Jestem szczęśliwą mamą dwóch dziewczynek, z wykształcenia anglistką, dumną mieszkanką Warszawy.

Moja przygoda z doulowaniem ma swój początek chyba jeszcze w dzieciństwie. Mieszkałam niedaleko szpitala położniczego św. Zofii i pamiętam, że zawsze jak tamtędy przechodziłam, patrzyłam w jego okna i myślałam – „jejku, może właśnie teraz rodzi się tam jakieś dziecko”. Pamiętam też, jak ktoś mnie pyta, kim zostanę, jak dorosnę, a ja mówię – „ginekologiem-położnikiem”.

A tak naprawdę to moje porody, jak to zwykle bywa, pozwoliły mi na serio zająć się tematem. Doświadczyłam w swoich porodach wielkiej różnorodności – porodu domowego, cesarki, porodu szpitalnego i asysty douli.

Moje macierzyństwo również oscylowało od podejścia bardzo zasadniczego i kontrolującego przy pierwszym dziecku, do pełnego bliskości i wyrozumiałości przy drugim.

Uczestniczenie w cudzie narodzin i wspieranie matki, by mogła o własnych siłach urodzić swoje dziecko wydaje mi się czymś niezwykle cennym i doniosłym.

Witaj, świecie!

Trochę mi zajęło odkrycie, co chcę robić w życiu. W sumie z grubsza 30 lat. Zawsze miałam głowę pełną pomysłów i wciąż coś nowego mnie wciągało. Może zacznę malować! Może dziergać! Nie, ogrodnictwo – to jest to! Eee tam, lepiej otworzę ciasteczkowy biznes. I tak dalej, i tym podobne, aż w końcu się poddałam i przestałam sobie ufać. Po urodzeniu drugiej córki z doulą zakiełkowała mi myśl, że może to jest to. Ale niee, na pewno co druga kobieta o tym myśli po porodzie. Też mi zaraz przejdzie. Ale nie przeszło. Zaczęłam szukać potwierdzenia u innych, że to dobry pomysł, że się nadaję. Od niektórych je dostałam, ale nie od mojej douli. To mnie zastanowiło. Zatrzymało. I doprowadziło do stanu, w którym sama w sobie znalazłam potwierdzenie. Już wiem.

Przecież ja kocham porody! Kocham ciężarówki! Kocham pomarszczone noworodki! Pępowiny, skurcze i waginy!

Tak więc witajcie w świecie douli Justyny. Mam nadzieję, że będzie Wam tu dobrze, jak w brzuchu u mamy.